Witajcie!
W piątek byłam na wycieczce w Warszawie, i choć zwiedziłam Centrum Nauki Kopernika, Gmach Telewizji na Woronicza i byłam w kinie 5D, to była to jednak przede wszystkim wycieczka szkolna. I choć, w optymistycznym nastroju będąc, spakowałam ze sobą 2 Zwierciadła i 'Rosyjskiego kochanka' Marii Nurowskiej, szybko pozbyłam się złudzeń na lekturę w autokarze, zwłaszcza, że i artykuły w Zwierciadle i powieść Nurowskiej do łatwych lektur nie należą. Utknęła mi np. taka myśl '
Jeśli mówisz, ze nie chcesz żyć, to znaczy, że nie chcesz żyć tak, jak do tej pory' (Paulo Coelho, którego na ogół przecież uważam za pseudofilozofa i którego nie sądziłam, że zacytuję tutaj kiedykolwiek). To jedno zdanie nadal nie daje mi spokoju (....).
W sobotę spałam niemal do południa, a w pieleszach, a przynajmniej z książką pod pachą, spędziłam cały dzień. Miałam nieodpartą ochotę na leniwy weekend i wczoraj nawet poleniuchować mi się udało. Obejrzałam
Walentynki/Valentine's Day reż. Gary Marshalla
Nie liczyłam właściwie na rewelacje, i rewelacji nie było. Film to przede wszystkim plejada popularnych aktorów i aktorek, topowa obsada nie czyni jednak jeszcze dobrego kina. Film, ot przeciętny, nie wzruszył, nie rozśmieszył, nie zostanie na długo w pamięci.
A skoro już o filmach mowa wspomnę o jeszcze jednym, który obejrzałam już jakiś czas temu, i po którym wiele sobie obiecywałam. Mowa o
Moim Tygodniu z Marilyn w reż. Simona Curtisa
I choć film nie jest zły, moich oczekiwań nie spełnił. Sportretowana w nim Marilyn odstaje od moich o niej wyobrażeń. Uważam, że twórcy filmu tylko liznęli tematu, nie udało im się oddać złożoności jej postaci, jej lęków, tęsknot, ambicji, dręczących ją niepokojów, strachu przed odrzuceniem, wiecznej tęsknoty za wielkim nieobecnym w jej życiu - ojcem. Nie ma tu w zasadzie nic o jej dzieciństwie, o tym, co ją ukształtowało, i choć są w filmie sceny w których gwiazda zachowuje się nieprzewidywalnie, widzowie nie wiedzą dlaczego. Uważam więc, że
Mój Tydzień z Marilyn to historia płaska, w zasadzie nijaka, a wszyscy, i ci, co MM kochają, i ci, co jej nienawidzą, muszą przecież przyznać, że nijaka z pewnością nie była. Mamy tu jedynie jakiś wycinek jej życia i jej osobowości, jest to jednak kawałek tak mały, że ciężko go dopasować do reszty układanki. I jeszcze słówko o odtwórczyni głównej roli - Michelle Williams. Już sam wybór aktorki wzbudził wiele kontrowersji, wiele osób uważało, że Michelle roli nie podoła. I choć nie zagrała najgorzej, to jednak nie oddała fenomenu MM. Na jej obronę trzeba jednak przyznać, że zadanie miała niezwykle trudne bo drugiej MM nie było i już pewnie nie będzie.
Ps. A ostatnio okazyjnie kupiłam 'Marilyn. Ostatnie seanse', po których również wiele sobie obiecuję i które, mam nadzieję, nie okażą się rozczarowaniem.